Żelki

W kryzysie trzeba sobie jakoś radzić. Żona moja kupując kilka razy pod rząd bilety, napotykała na propozycje ekstra dotowarowania się: „A do biletu może lizaczek dla córy?” A jak nie lizaczak, to naklejeczki, wycinanki, słowem: wszystko, byle opchnąć. Bywa.

Spotykam sąsiadów. On: „Ty, słuchajże, ten gość z kiosku, no, po bateryjkę poszłem, a on się pyta, czy nie kupiłbym srajtaśmy? Ona: „A jak kiedyś pobiegłam po papier toaletowy, to spytał: "A może żelka?" Tak się złożyło, że Vivy z filmem szukałem: Woody Allen, „Poznasz przystojnego bruneta”. Myślę: wejdę, sprawdzę, a nuż ma, choć pewnie na filmie się nie skończy, więc może od razu o srajtaśmę zapytam? Lipa. Viva była, filmu nie. I już wychodziłem, już czułem dojmujący chłód prokocimskich łąk, już witały mnie szklane mordy emerytów wprawione w wielką płytę osiedlowych bloków, już oglądałem w 3D winkiel kiosku, gdy padło to jedno jedyne pytanie: „A może żelka, dla córy?”

I tak wróciłem do domu bez filmu i bez srajtaśmy, ale z żelkami. W progu stała córuś niedwuznacznie odgryzająca żelkom-misiom głowy, rączki i nóżki…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz